Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się posunął do samego szczytu — potem się oparł na niebie i znikł...
— Słonko już pewnie zaszło... Trzaby gnać...
Ale w nim, gdy tak leżał, zastało się wszystko. To, że musiałby się podźwignąć ze ziemi, już mu sprawiało ból.
— Niech ta — pomyślał — Niech zaszło! Ja tyle czasy czekał, zanim zajdzie. Musiało przecie zajść... Teraz już daremno! I czekać nima co... Juzyny nikto nie wyniesie... Ktoby po nocy niósł?
Ostatnia już nadzieja mroczna się rozwiała — i wszystko naraz w oczach pociemniało.
— Amen i koniec.
Podniósł się na ręku, ale nie powstał, jeno siadł. Przysunął się do jałowca, nogi skurczył, palce poza nie zaplótł i brodę oparł na kolanach.
— Niech sie, co chce, dzieje — nie pódę... nie ruszę sie i co mi kto zrobi. Na despet nie pożenę do chałupy... Niech sie tróbują. Niech sie ta boją, że mi owce zajęni, abo je wilk pozjadał... Niech sie ta boją.
Zganiał myśli oporne i zacinał się w sercu swojem — a żal go zwolna ogarniał całego, coraz to większy żal... Opór, zalany łzami, gasł — podnosiło się łkanie głośne i krzyczało mu serce oskarżeniem żałośnem na cały boży świat.
— Nie wynieśli juzyny! Nie wynieśli!