Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


to znaczy: że gospodyni wyjęła dopiero placki z pieca i poukładała na ławie. Jeszcze są ciepłe.
— Tak... I odtąd trzeba dopiero rachować czas powolusieńku, a samo przyjdzie bez czekania. Mój placek, już wiem, który — ten na samym końcu ławy, poskrobek. Teraz gospodyni obraca sie do gazdy, mówiąc: «Trzeby Józkowi posłać juzynę, bo mu sie tam cnie»... Gazda poziera w okno: «O, dyć jeszcze czas... Do wieczora daleko»... A w duchu sobie myśli: «Dałby ja ci juzynę, hyclu, za to zboże, coś mi kiedyś tak owcami spasł!» A gospodyni, nie wiedząc, co on se tam pocichu myśli, bierze mój placek, ociera zapaską i wynosi do sieni na chłód... «Zosiu, Zosiu!» — powiada, wracając do izby — «abo ty, Maryś! Weź-no łoktusę, zaodziej sie, bo trza mu zanieść te juzynę... Niech ma. Niech se nie krzywdzi». Gazda coś mruknął, wyszedł na osiedle, boi się widać gospodyni, choć tak umie kląć, jak wójt. Maryna zaodziewa chustkę, ale jej niesporo... «Kto wie, kany on tam pasie!» — powiada. — «Ty go tam znajdziesz, ino idź!» — mówi gospodyni — «a wracaj sie wartko, nie siedź, nie ozglądaj sie po ugorach!... Juzynę mu weź»... Maryna poszła, idzie, idzie... Już jest nad chałupą... Już na ugorach... Jak pomalutku schodzi ten czas!
Poszedł za owcami, żeby je pozganiać w jeden kerdel, zanim Maryna przyniesie juzynę. Ujrzy na własne oczy, jak mu się owce pasą,