Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A żyję, pokiela ino zdolę jeść, abo pokiela co najdę... Niektórym to sie ta i cnie takie życie. Jak i profesorowi z Lubomierza...
— Cóż to za jeden?
— Dyć prefesór, taki wicie, co to dzieciska uczy...
— Ehem!
— On ta przyszedł do wsi, jak zwyczajnie biedny starowina. Juści gmina przyjęła go. Bedzie ta — pada — dzieciska w zimie poduczał i niech sie chowa do wóle Boskie...
— I chowa się?
— Dyć chowa. Bez zimę, pokiela uczy, żywią go, wicie, z koleje, z każdego numeru. Co im ostanie od jedzenia, to mu w garczkach donoszą i żywi sie ta. W lecie zaś nikt o niego nie dba, bo dzieciska pasą, nie trza go.
— Płacy nie dostaje?
— Skąd, kie go nie trza... Żyje ta jagodami, czem zdole; grzybów uzbiera w lesie, bukwi, mrówek... Ale se krzywdzi. Zeszlimy sie we wrębie, to opowiadał, że bieda na niego...
— No, wierzę! — Ale biedy takiej nima, nie wierzcie. Ino to, wicie, nie wezwyczajone, to sie mu ta i cnie... Schodził on kawał światu — dodał po chwili — za morzem był i wszędy. Padają, że siedmioma językami gada, ale ja ta temu nie wierzę.
— I tu trafił na swoje nieszczęście...