Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie wierzą se?
— A nie wierzą...
— Gdzieście się zabrali? — spytałem.
Namyślał się, co ma odpowiedzieć.
— O dyć, nika — mruknął po chwili. — Tak se ta posiedzę, pomedytuję... Robić nima co...
— Z czegóż żyjecie?
Spojrzał na mnie zdziwiony.
— Z tego, co świat nagodzi... — szepnął. — Dy dźwierzyna żyje po lasach, a wyżyje... Nie trapię sie, bo nimam o co.
— Gruntu nie macic?
— Co mi po nim. Telo z nim, co bez niego...
— I jakże to?...
— A nijak!
Patrzylem nań zdumiony. Świdrował mię oczkami, mrugając nerwowo. W kącikach zaciętych warg czaił się rozumny uśmiech, zrodzony z cichej rezygnacyi.
— Na wiesnę jagody są i borówki — tłómaczył mi zwolna — latem zaś maliny, a pod jesień czernice i bukiew. To sie ta człek ożenię biedzie... Ino zima gorsza. Pokiela byly kwiczole, to sie jadle...
— Teraz niema?
— Nie przylatują. Nie widać ich już bez trzy zimy.
— I tak żyjecie...