Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gody. Była zajadka wielga od chłopstwa, jak i w śterdziestym szóstym za moje pamięci — ale cóż?... Dwory stoją, jak stały, a u nas bieda, coraz większa...
Pykał drobno z fajeczki, spluwał przed siebie i patrzył na mnie prostodusznie. Siedzieliśmy w milczeniu. Wiatr szuściał dokoła nas wysoką gibrzyną i kołysał z szelestem rozłożyste maliniaki. Woły pasły się wrębem ponade drogą.
— E, trza iść — ozwał się chlop — boby jeszcze kto nadszedł niechcęcy...
Wytrzepał fajeczkę o pniak, schował do zanadrza i ruszył za wołmi, zaganiając je ku drodze.
— Żal wam duże trawy, żal... — mówił do nich serdecznie — Dobrze, żeście choć telo urwały... To sie zmarni — wskazał biczyskiem — zeprzeje i zeschnie, a nic dadzą wypaść...
— Za to smreczki podrosną — zauważyłem.
— Kto ta dożyje! Ja, bo nie... he Cisoń, he! Zbliżaliśmy się do szczytu.
— Za przykladem panów idą chłopy — tlómaczyl mi gazda — co ino kto ma, to ścina, niszczy i przedaje... Ale też i nie dziwota, bo bieda szelma dogania... Trudno zdychać z głodu. Nima sie czego chycić na przednowku, to chytają sie lasu. Niejeden zetnie smreka, zawiezie na miejsce żydowi, to go jeszcze musi pieknie