Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ganiając woły — piekne i hrube i wysokie... samiutkie smreki! Hale cóż?.. Zachciało sie hrabiemu (ućciwszy was poćciwych) żydowskiego łajna i posprzedał doznaku. Zleciało sie żydostwo, jak mszyce, pozakładało parowe tartaki i chyciło sie z kraja. Tutejszy naród klął po cichu i powiadał głośno: Niech tną, choćby do sądnego dnia... Bo lasy, wicie, były takie, żeby je bez trzy dni nie przeszedł. Ale oni światowców skądsi dognali i ci dopiero poczęli trzebić bez pardonu, że ostało ino to, co han widać...
Wskazał ręką na zbocze Obidowca, gdzie potracone buki zieleniły się jasno i sterczały gdzieniegdzie suchymi konarami stare, przegniłe jedle.
— Telo ino ostało... he Cisoń! — popędzał woły, zaśmigując biczem.
— Żal wam tych lasów?
— Ba! komuby nie żal było?
Szliśmy powoli, bo kamienista droga podnosiła, się coraz stromiej. Dokoła nas obsiadły stada zbutwiałych pniaków, wśród nich pięły się trawy różnorodną zielenią.
— Dy zelżyjmy! — mówił chłop, przystając. — Wyjdziemy na dość czasu.
Usiedliśmy na pniakach przydrożnych. Woły, nie widząc za sobą poganiacza, zboczyły do wrębu i poczęły łakomie skubać zwaloną trawę.