Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nagły szelest i trzask gałęzi w przylasku pode mną wyrwały mię z zadumy. Z ciemnego gąszcza wyszły naprzód cisawe woły, a za nimi wysunął się osendziały chłop,
— Co was też tu pod wieczór przyniesło? — zagadnął, zbliżając się ku mnie, z prostodusznym uśmiechem.
— Wyszedłem popatrzyć na dół... Ładny widok! — wskazałem ręką.
— Ładny, bo ładny... ale tu jeszcze ładniejszy.
Pokazał na zbocza i westchnął cicho. Wyręby puste, z rzędami pniaków, zaczerwienionych od zorzy zachodniej, ciągnęły się daleko, otaczając nagą pustacią strome ubocze gór...
Westchnąlem za nim. Pamiętam dobrze te lasy czarne, smrekowe. Małym chłopcem latałem tu na grzyby, wspinałem się po drzewach za cisawemi wiewiórkami lub wyczekiwałem powracających z polan pasterzy. Znajomym był mi cały las na trzy mile w okolo. Jakie tu smreki były śmigłe! Kamieniem nie przecisnął. I to wszystko gdzieś poszło — za tak niedługi czas!...
— E pudziecie wyżej, hań ku wirchu? — spytał chłop.
Bez odpowiedzi, poszedłem z nim kamienistą drogą, zygzakiem wiodącą do szczytu.
— Były tu lasy, były!... — mówił chłop, za-