Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


po sprawiedliwości wyzamykane i trza, chcący jechać, pieknie prosić, coby tyz kany wpuścili. Tam telo płaci zebrak, co i poćciwa osoba.— wsyćko sie ze sobą miesa; cheba dopiero Pan Bóg na tamtym świecie bedzie dzielił i ustawiał po klasach według sprawiedliwego osądku, bo tu juz nie da rady — trudno ozeznać: kto dziad, a kto bogaty — kto złodziej, a kto ino udaje świętego. Ale jedźmy do Rzymu.
Po drodze nie bedę sie długo zatrzymował, bo tyz ta i nie było wiela na co patrzeć. Ziemia goła, aze wstyd — a trafi sie jakie drzewo, to sie tak biedne konarami modli, ze sie az płakać chce. Nic tam nie sadzą, ino morowe jakieś drzewa. Nic tyz nie sieją. Ani kapusty, ani ziemniaka, ani owsa — nic nie uświadcy na polu. Ziemia tak próżnuje darmo. To tyz Pan Bóg im nie błogosławi.
Przyjechalimy do Rzymu — juz sie mrokcyło, światła zapalali. Na stacyi telo piekła, ze choćby sto jarmaków zegnał w jeden kosar, to nie byłoby głośniej, myślę. Co ino łakomstwa w Rzymie, to sie tam zleciało. Ten ci zachwala hotel taki, ten taki, ten znowu insy — tamten juz głos stracił od krzyku, ręcami ino jakieś znaki daje — a wsyćko jak osalałe. Tak jakby ratować chcieli podroznych z jakiego niescęścia strasnego. Otocyli pana całkem, widziało sie, ze go juz zagłusą. Miałech mu skocyć na pumoc, ale nie porada było,