Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ale co ta... wsyćko moze sie znowu na dobre odmienić...
Wszedł na salę i stanął se przy bocznej ścianie, niedaleko stołu, aby móc widzieć i słyszeć dokładnie. Pełno już narodu było; pań, jak zwyczajnie, najwięcej, tak iże się panowie stracili pomiędzy nimi. Gorąco też było setne i zaciekawienie na twarzach okrutne. Prawie na sam czas trafił, bo drzwi się otworzyły i na estradę wszedł powieściopisarz. Pan był, jako zwyczajnie panowie, niczym się wiela nie różnił.
— No, nic — przerwał se Baja obserwację. — Słuchajmy...
Bowiem gdy umilkły oklaski powitalne, powieściopisarz czytać począł. Baja szyję wydłużył i słuchał bardzo uważnie. Widać, więcej chciał wymiarkować niż samą ową opowieść. Słuchał pilnie, w skupieniu, a serce mu się trzęsło. Wreszcie, skoro już powieściopisarz prawie do połowy w czytaniu doszedł, Baja odetchnął. Mniej już potem uważał rozglądając się po zebranych w sali i chwilami uśmiechał się do myśli swoich. Zrozumiał, co chciał zrozumieć — i już go opowieść dalej nie tak ciekawiła.
Powieściopisarz skończył, zszedł z estrady — oklaski go odprowadzały. Skierował się ku drzwiom bocznym i przechodził właśnie obok Bai. Baja w te razy łokciem go nieznacznie trącił i przymrugując oczyma, tajemniczo się uśmie-