Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ho, to juz źle, nie dobrze.
Jędrzej Baja naprawdę się strwożył. Ale go jeszcze więcej ciekawość paliła.
— Kiz to diabli... Coz on ma? Cy to, co ja — cy to, co Sabała?
Od odpowiedzi na to zależało, zdawało mu się, dalsze jego żywobycie na tym padole. Szukał jeno okazji, jakby się dowiedzieć o tem.
No i trafiła się wreszcie okazja. Zapowiedziano odczyt owego powieściopisarza w Czytelni Zakopiańskiej, jako że będzie raczył czytać na głos swoją najnowszą opowieść.
Zawrzało po całym mieście — (jeno Tatry stały spokojne jak dotąd) — każde, co się jeno ruszać mogło, zbierało się i gotowiło na ten odczyt. Nawet w Sanatorji całkiem już umierające miękczyły łzami dochtora, coby ich wypuścił.
No i nasz Jędrzej Baja gotowił się. Co stracić, to stracić — to chciał tego powieściopisarza naocznie uwidzieć i usłyszeć opowieść jego, aby móc zmiarkować, co on ma w sobie, że go tak już sławią: czy to, co on (niby Baja) — czy to, co Sabała?
Ubrawszy się przystojnie, skoro czas było iść, poszedł. Stracić, to nic nie stracił, bo go te panie, co przy biletach siedziały, bez opłaty na salę puściły, jako że znały go dobrze; i wszyscy go tam prawie znali.
— Niedawno jesce...— pomyślał se gorzko. —