Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jednak — wszedł dzierżąc latarkę w ręku posuwał się po oślizłej belce. Aliści, gdy doszedł do połowy, skiełznął — wpadł do wody i płynie... Jednak tonąc podnosi rękę z latarką do góry i woła:
— Matko Boska! tu mnie masz!
Świeci, aby widziała, gdzie go ma ratować. Matka Boska go też zratowała: — ocalał. Były misje w parafii. Jaś trzymał się na boku, bo wiedział, że do ślubowania od wódki nakłaniać będą, a to by mu z trudnością przyszło. — Jednego dnia kupił sobie w karczmie graniatówkę okowity i szedł koło kościoła do domu.
Właśnie na cmentarzu przykościelnym miał misjonarz kazanie o pijaństwie. — Jaś z ciekawości podszedł i stanął koło furtki, flaszkę w kieszeni dłonią przytrzymując.
Ksiądz woła z ambony, zwrócony ku niemu:
— Nie dość ci, że się w szynku upijesz, jeszcze do domu niesiesz...
Jaś się spłonił i strwożył.
— Dy on wierutnie wie.
Poszedł poza plecyma ludzi i stanął se opodal za drzewem. Aliści słyszy, jak ksiądz w tę stronę zwrócony powiada:
— Kiedy Adam zgrzeszył, to się skrył za drzewo...
Jaś się przeląkł w sercu.