Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

I wojażował sam. Z czasem znał tak miasta i kraje, które oczami i wyobraźnią zwiedzał, iż opowiadał o nich, jakby tam był. W końcu sam wierzył, że tam był w istocie.
— W New-Jorku takie domy, jakby wieżę na wieży postawił. Na piętra kolejkami wyjeżdżają. Widok na mile dokoła. Ja mieszkał na ostatnim piętrze. Jakech pojrzał z góry, to sie widziało, że mie zemgli. Ludzie na dole mniejsi od pcheł.
— Abo w Madrycie... co za miasto! Gmachy, pałace traktyjernie... Wszędy ścisk, pełno...
— Czemuż tu siedzisz, kiedy tam tak?
— Ja tu ino do czasu, pokiel co nie zaświta. Pojadę. Świat znam. Co mie tu trzymać może? Tu nijakiej przyjemności...
— Ożeniłbyś sie, Jasiu — żartował ktoś uszczypliwie, bo żadna by już zań, podupadłego, nie wyszła.
Na to Jaś obruszony:
— Co mi po tych tu dziewkach, co to ani składu, ani światłości nijakiej. Nie takie ja miał! — poszedł za marzeniem. — Raz we Widniu, kiedych przechodził przez ulicę — a widno mie było, boch sie niósł wysoko — patrzę: przejeżdża powóz — bielutkie konie jak mleko — stangret, panie święty, w luberyi — w powozie siedzi hrabina. Już mnie ujrzała. Kiwła na mnie palcem, kazała stanąć i wzięna mię do powozu. Pojechali my do niej do pałacu. Tam mie gościła — wszystko było,