Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


poleon“ w grubych pozłacanych ramach zawisł naprzeciw lustra w salonie. Uszczęśliwiony ksiądz Łopatka zawołał Józefinę i jął pytać, co sądzi o portrecie.
— Już mam tego portretu dość! — wybuchła potokiem słów. — Od trzech miesięcy nic i nic, ino o tym portrecie. Żeby to choć co godnego...
— Głupiaś.
Posłał po Tayleranda.
— Kto to jest? — wskazał malowidło.
Taylerand nie zaraz odrzekł, zastanawiał się, kombinował.
— Jakiś generał ma być — osądził w końcu.
— Osioł jesteś, mój Taylerandzie. Zawołaj mi tu Talmę. Talma, który z Davidem był w przyjaźni, wiedział już coś o tym. I na pytanie: „Kto to jest?“ odrzekł bez namysłu.
— To jest ksiądz jegomość Napoleon.
— O, widzisz Taylerandzie, jakóbinie stary, Talma odgadł od razu. A podobieństwo?
— Jak odlał.
— Wcale rozumny jesteś, Talmo; muszę ci pensję podnieść.
Odtąd ksiądz Łopatka mógł się rozkoszować w sercu, godzinami wpatrując się w „swój portret“.
— Dałoby się jeszcze — zauważał — nie mało