Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niedościgłym, zobaczył go podległym ludzkim zawodom i klęskom — i owo „podobieństwo“, ów „napoleonizm“, co go tak jako coś nadzwyczajnego zrazu zaskoczyło, stało się teraz rzeczą daleko jaśniejszą i na krytycznych podstawach opartą. Teraz już wiedział sam ze siebie, nie od jakiegoś tam Czapkiewicza (choć to zgoła bystry człowiek, jak się okazało), co ma o tym sądzić. — Chodziłoby teraz o to, jak ludziom okazać swoją zatajoną dotąd wielkość, swoją — jakby rzec — napoleońskość.
Problem czynu...
Długo się zmagał z nim w swych myślach ksiądz Łopatka, wreszcie rozwiązał go najniespodzianiej prosto i szczęśliwie.
— To, że Napoleon prowadził wojny i bitwy wygrywał — to tylko okoliczność. Okoliczności szczęśliwe i nic więcej. Posadzić by go we Wiórkach, a widzielibyśmy, co by zdziałał. Najważniejsza rzecz — w czem jego prawdziwa wielkość była — to postawa. Gest i postawa. O!
Odtąd ksiądz Łopatka baczył pilnie na to, by mieć wzięcie się „napoleońskie“. Sprawił sobie lakierowane buty z cholewkami, sutannę kazał sobie żydowi-krawcowi przyciąć, a do szarego płaszcza przyszyć guziki błyszczące. Wychodząc z domu na spacer, brał zwykle trzcinę do ręki, którą się niedbale z miną wodza uderzać lubił po cholewie. Gdy mówił egzortę w kościele lub