Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


klasie, bo jakech juz powiedział, piniędzy nam nie wystała.
Pan jechał smutny i mało co bez drogą gadał. Oscymałech mu, jakech mógł, ze wsyćko bedzie dobrze, ze choć Jangielkę djascy kanysi ponieśli, to z hrabiną sprawa pewna, skoro koucyja załozona — niech sie nie trapi — ale nieporada go było ozbawić. Wreście i dałech spokój, bo i mnie myśl ku chałupie uciekała, skoro my sie zblizali, jak tyz ta co, cy w domu zdrowi, cy zbiórki bedą na polu...
Ozstalimy sie z panem na nasej stacyi — pan pojechał ku Zakopanemu, a ja zaś poseł ku chałupie. I to wsyćko. Jak Bóg pozwoli kie, to go przy casie odwiedzę.
— Toście dudków nijakich nie przywieźli? — spytał w końcu człeczyna, który cały czas przydrzymywał i słowem się nie wtrącał.
— Piniędzy tom nie przywiózł — odrzekł Jędrek — ale com uzył, com uwidział, co sie naucył, to tego nie kupiłbych za cały swój grunt. I wiecie, co se pomyśluję... ze kto wie, cy Paniezus umyślnie nie zesłał pana, aby mie w Tryjestrze spotkał, a moze i ci, co mi piniądze ukradli, byli od któregosi świętego natchnieni?