Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


postępował. „Coz ja w takim razie? — To ja apostół?” I przybierałech twarz jak na apostoła. Ino mi to przeskadzało, zech musiał co chwila uskakować, coby onycek nie skalać w nawozie.
W takiej paradzie postępowalimy po stopniach, bo tam ulice były jak schody, az my sie wydostali na jakiś plac nieduzy. Tu mój pan zlazł z tego osła, mnie polecił pakunki zdjąć z grandy bestyi, a potem odrachował poganiacowi piniądze, za jakie sie z nim ugodził, i kazał, coby se bydlęta pojął. Poganiac na to, niby ze sie mu mało widzi, co mu pan dał, powiada: „Syniore! jo sono molto fatigato!” I nijak nie chce ustąpić. Ja tyz, chcąc panu dospomóc i pokazać Włochom wsyćkim, ze ja ich gdakanie rozumiem, a przy tym i respekt zbudzić, jak nie skocę ku niemu: „Tyś molto fatigato? Ty?” A więc-ych wrzaskał, nizeli-ch sie złościł. Od razu stał sie pokorny. „Widzis“ — powiadam — „granda bestyja jest molto fatigato, bo ona dźwigała pakunki! Ino sie nie zabier wartko!” Nic juz nie pedział, zajął bydlęta i pognał.
Wtedy mój pan zwrócił sie do ludzi stojących wokoło i zacął sie rozpytować. Dopieroz i ja mógłech sie im przyjrzeć. Wsyscy byli chłopy, choć niby to miastowi, ani jednego pana między nimi; mieli na sobie obcisłą przyodziew, na nogach kyrpce, kapelusiki nieduze na głowach; włosów widać nie strzygli, bo im spadały w strąckach