sza sąsiadka, panna Józia, czyszcząca ca ły dzień różowe pazurki, irytowała publiczność natrętna, która zamiast siedzieć w domu, włóczy się po biurach i zawraca głowę urzędnikom ciągłemi pytaniami.
Stanowczo miał dość tego urzędowania!
Zaś oliwy do ognia dolewał nieustanny ruch wśród znajomych — ten wyjeżdżał do Zakopanego,, tamci zamierzali stracić całoroczne oszczędności nad morzem, ten nosił się z myślą, utopienia zaciągniętych pożyczek i zaliczek w Tru skawcu, licząc, że wzamian za to artretyzm będzie nieco względniejszy na zimę.
Pana Józefa aż podrywało.
Gdyby mógł, zerwałby się od tego biurka i pobiegł co tchu nad Morskie Oko, na szczyty Mięguszewieckie lub do chaty rybackiej na Helu.
Wciąż pachniało mu wiosną, storczykami górskiemi lub świeżo wędzonym węgorzem z naszego morza.
A gdyby tak rzucić budę?!
Wyjechać bodaj tylko na wieś, wytarzać się w słońcu, a posadę znów się jakoś zdobędzie, bo kto ma plecy szerokie a mocne, ten zawsze coś znajdzie, jeśli nie w tym samym urzędzie, to w innym, mimo wszelkie oszczędności i uszczuplenia kredytowe.
Strona:Władysław Junosza-Szaniawski - Ofiara redukcji.djvu/2
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.