Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/435

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


głupotą ludzką i pociskiem szyderców, inni wzruszali ramionami i zwali go ironicznie sfinksem lub mumją.
Niewielu jednak było takich, którym ten ciągły spokój oblicza wydawał się podejrzanym, marmurowa maska przejrzystą, kryjącą błyski tłumionego żaru uczucia.

Od pewnego czasu spotykała go, a potem śledziła bacznie młoda i rozumna kobieta. Z początku nie zwróciła na niego szczególniejszej uwagi; nie znała nawet jego nazwiska, które jej się zdało trudnem do spamiętania. Lecz w ożywionej rozmowie towarzyskiej uderzył ją oryginalny i śmiały sąd tego milczącego często człowieka. W trakcie pogawędki dowiedziała się zdziwiona, że skończył dwa uniwersytety i poświęcał się obok obowiązkowych zajęć poważnej pracy naukowej. A gdy znienacka spytała go z uśmiechem:
— Co też pan umie najlepiej?
— Pływać — odrzekł z nieudaną szczerością.
— Co? — rzekła zdziwiona.
— Tak pani! Otrzymałem nagrodę na dwóch konkursach pływackich.
Nie zwątpiła o tem, spojrzawszy na jego szerokie piersi i muskularne ramiona, lecz poczęła przypatrywać mu się bliżej. Dostrzegła to, co tylu innych przed nią: spokojny i zimny wyraz twarzy, matowe spojrzenie głęboko osadzonych oczu, a czasem tylko uśmiech łagodny, który krasił jego pełne, różowe usta.
Zaciekawiał ją z początku trochę, potem więcej, tak, że rada była zawsze, gdy zbliżał się do niej na dłuższą pogawędkę. Podziwiała jego wiedzę wszechstronną i umysł lotny, więziony w niesympatycznej skorupie.
Nareszcie odezwała się w niej kobieta, która poczęła rozwijać przed nim stopniowo cały zasób wdzięków niewieścich, darzyć go wymownem spojrzeniem bardzo pięknych oczu i pełnym powabu uśmiechem... Lecz żadna struna nie zadrgała na tym niemym instrumencie, żadna kropla krwi nie zawrzała w jego sercu zamkniętem; nawet lekki rumieniec nie pokrasił bladej twarzy...
A ludziom się zdawało, że nastąpiła w nim zmiana, i że pod blaskiem pięknych oczu topniał lód serca, że nawet drgnął raz silnie, gdy ona wesoła, świeża i jak kwiat wonna niespodzianie weszła do pokoju. Ona jednak nie była pewną, czy wyróżnia ją z pośród kobiet innych, chociaż coraz częściej bywał w jej domu.
Częściej przebywali też z sobą, tak, że mogła poznać go bliżej. Mimo to wydał jej się do poznania trudnym, a nawet po upływie sporego czasu nie znała go jeszcze, nie znała myśli, które wirowały w jego zatroskanej głowie, nie znała pragnień duszy rwącej się do serdecznych objęć życia, nie słyszała westchnień często głośnych, jak krzyk rozpaczny, często tłumionych niewiarą we wszystkie lepsze uczucia...
Poczęła jednak czuć do niego sympatję, która tylko skutkiem dziwnego, czy niepojętego dla niej postępowania, przeradzała się nagle w gniew starannie ukrywany.
Było to na jednym z zimowych wieczorów, gdy na ulicach szalał wicher mroźny, a oni z wyborem najlepszego towarzystwa spotkali się na raucie, wśród zbytkownych i z przepychem urządzonych salonów.
W buduarze, kilkanaście osób żywo rozprawiało o przeczytanym w „Gazecie Wieczornej” fakcie, wstrząsającym duszę i nerwy. Był to opis nędzy, nędzy największej, gnieżdżącej się w brudnej, wilgotnej suterynie opustoszałego domu. Dwoje staruszków, z których on był ślepy, a ona dawno tknięta paraliżem, zmuszonych było opiekować się dwojgiem drobnych, niedołężnych sierot.