Strona:Ulicą i drogą.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


NA BALKONIE
(madrygał)


 
Na mego domu kamiennym balkonie,
W dzikiego wina oplecionym zwoje,
W czas południowy siedzieliśmy — dwoje —
Złączone mając spojrzenia i dłonie.
 
Do twojej stopy uroczej, niewielkiej,
Przylatywały figlarne wróbelki
I dzióbiąc — wiatrem zagnane — ziarenko
Chciały przymilić się swoją piosenką.

Pachnące kwiaty w glinianych doniczkach
Patrzyły na cię różnobarwnym wzrokiem
I zachwyt jakiś widniał w ich twarzyczkach,
Boś czarowała je swoim urokiem.

A ja dziwnego szczęścia pełen cały
W myśli mej kradłem te promienie słonka
Co się na wargach twoich układały
I ten uśmieszek, co się po nich błąka.

1917