Strona:Ulicą i drogą.djvu/057

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


SOSNA


 
Samotna sosno na wierzchołku skał
Ponad przepaści brzegiem niedostępnej!
Nad czem ty z wiatrem żałośliwie łkasz?
Skąd w twej postaci wyraz ten posępny?

Czy może smętki twe pochodzą stąd,
Że słońce złote pochowało ognie —
Że nawałnica smaga głowę twą,
Grożąc, że skruszy ciebie — albo pognie?

Czy żal ci orłów, co z dalekich stron
Zbiegały, ważąc się na śmiałem skrzydle,
I dla swych orląt — do ustronnych gniazd —
Skrwawioną zdobycz niosły za orzydle?

Czy też ci szkoda zbiegłych młodych dni — —
Czy, że nad skalną zerwą zawieszona
Samotnie kończysz pokutniczy los,
Rzucając w otchłań bezpłodne nasiona?

Czy może smętny obróciłaś wzrok
Ku położonym w dole szarym wioskom
I, widząc biedny, spracowany lud,
Współczujesz trudom jego, łzom i troskom?

1918