Strona:Ulicą i drogą.djvu/056

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tratują bose nogi po grzędach i trawnikach —
Ostrożnie! — nawołują osty, pokrzywy, rzypie.

Leniwie się wyciąga na przyzbie pies legawy,
krzywo patrząc na one zwady krzykliwej dziatwy.
Spać mu się nie chce — woli po lesie chodzić z panem,
lub kuse po zagonach przepędzać kuropatwy — —
Teraz na muchy ino poluje, co mu termoszą
kudły i natarczywą kupą lezą wprost w ślipie.
 
Smutno się dziś zadumał, wracając polnym smugiem,
gajowy, pan tej chaty, zawołany gaduła...
Milczy cięgiem — bo w izbie chore dziecię miluchne —
a chleb taki dziś drogi — grosz tak trudno się ciuła —
starość człeku nie radość — sił już ledwo że starczy.
Hej, Rozbój! długa droga nas czeka... i rozłąka...

Jasną toń nieba prują lotem chyżym jaskółki —
gardziołka wszerz rozdziawia żarłocznych piskląt gawiedź.
Pogoda będzie jutro — z lotu ptactwa to poznać
i z tej zorzy, co zda się serca czerwienią krwawieć,
i z dymu, który (w chacie warzę gotuje gosposia)
strzela wzwyż — jak dłoń Boża — błogosławiąc strzechę..
Sosny na skraju lasu złocą się w blasku słonka...