Strona:Thomas Carlyle - Bohaterowie.pdf/331

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


to stanowiło niby grunt, na którym opierały się wszystkie jego możliwe myśli i czyny. Całe życie jego unosiło się niejako na morzu myśli bezimiennych, których żadne słowo śmiertelnika nie umiałoby nazwać. Słowo boże, jak odczytali je prorocy ówcześni purytańscy, — ono tylko promieniało dla niego wielkością; wszystko zaś pozostałe było małem. Takiego człowieka nazywać „ambitnym,“ wyobrażać go sobie jako figurę nadętą, cierpiącą na świerzb wyżej opisany, zdaje mi się być najnędzniejszym z błędów. Człowiek taki powie: „dajcie mi spokój ze swojemi karetami złoconemi i tłumami, wrzeszczącemi: hurra! Dajcie mi spokój ze swoimi sekretarzami i plikami papierów, przepasanemi wstążeczkami czerwonemi, ze swojemi wpływami i sprawami ważnemi! Zostawcie mię w spokoju, zostawcie mię w spokoju: jam już zawiele przeżył!“ Stary Samuel Johnson, największa dusza angielska swojego czasu, nie odznaczał się ambicyą. Boswell popisywał się na widowiskach publicznych z kwiecistemi wstęgami przy kapeluszu — stary zaś wielki Samuel siedział w domu. Dusza jego, jak świat szeroka, cała pogrążyła się w swych myślach i cierpieniach, — cóż więc mogło znaczyć dla niego pokazywanie się ludziom i wstążki przy kapeluszu?
Ach, tak! raz jeszcze powtórzę: wielcy ludzie milczący! Kiedy człowiek spojrzy dokoła po hałaśliwej nicości świata, wsłucha się w słowa małoznaczne, zwróci uwagę na czyny niedużej wartości, to z rozkoszą potem wraca myślą do wielkiego państwa milczenia. Tu i owdzie rozrzuceni są po swoich działach szlachetni ludzie milczący, którzy myślą milcząc, milcząc działają, o których żaden dziennik poranny