Strona:Thomas Carlyle - Bohaterowie.pdf/324

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wołali oni ku Bogu w przeciwnościach, w ostateczności, by nie opuszczał sprawy, która stanowiła Jego sprawę. I w jakiż sposób dusza ludzka potrafiłaby otrzymać lepsze światło, niż to, jakie zjawiało się wtedy ich oczom? Nie byłoż rzeczą prawdopodobną, że zamiar, w taki sposób powzięty, był właśnie najlepszym, najmądrzejszym, jedynym, za którym iść należało bez dalszego wahania? Dla nich przedstawiało się to jako świetność samej jasności niebieskiej wśród tego mroku, pełnego spustoszenia i wycia, — jako słup ognisty wśród nocy, mający ich prowadzić po tej drodze niebezpiecznej i rozpaczliwej. Nie tak-że to było? Czyż po dziś dzień duszę ludzką można prowadzić w inny, nie taki sam wewnętrznie sposób, nie przez pobożne upadnięcie na twarz duszy żarliwej, duszy w walce, — przed Najwyższym, przed Dawcą światła wszelkiego, — niezależnie od tego, czy taką modlitwę ujmie się w słowa, wypowie się ją, czy też wyśle się w milczeniu, bez głosu? Nie istnieje żadna inna metoda. „Hipokryzya?“ Ależ wszystko to już nudzić zaczyna! Ci, którzy tak to nazywają, nie mają prawa mówienia o takich rzeczach. Nie powstał w nich nigdy żaden zamiar, to, co można nazwać zamiarem. Szli oni, ekwilibrując z wybiegami, imitacyami prawdy, zbierając głosy i zdania, nigdy a nigdy nie stając oko w oko z prawdą jakiejś rzeczy. Prawdopodobnie modlitwy Cromwella były „wymowne,“ i więcej nawet daleko niż wymowne. Serce jego należało do człowieka, który umiał się modlić.
Wyobrażam też sobie prawdziwie, że mowom jego rzeczywistym nie brakowało już tak dalece elokwencyi, nie były już takie ułomne, jak się to niejednemu zdaje.