Strona:Thomas Carlyle - Bohaterowie.pdf/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z najniższych; to też życie tego antychrysta w swoim rodzaju przedstawia z tego punktu widzenia jaskrawy kontrast. Nie było narodu, tak mało skłonnego do podziwu, jak owi Francuzi z czasów Voltaire’a; wydrwiwanie tworzyło cechę całego ich umysłu, w którym wcale nie znalazłbyś miejsca na uwielbienie. A tymczasem, patrzcie: starzec z Fernoy przybywa do Paryża, starzec 84-letni, chwiejący się na nogach, bezsilny! Czują oni, że to też jest rodzaj bohatera, że strawił życie na zapasach z błędem i niesprawiedliwością, na uwalnianiu Calas’ów, demaskowaniu wysoko postawionych hipokrytów, że on też, krótko mówiąc, mężnie walczył, chociaż w sposób wielce osobliwy. Czują oni zarazem, że jeśli wydrwiwanie jest rzeczą wielką, to świat nie widział jeszcze nigdy takiego wydrwiwania. On stanowi wcielony ideał każdego, — jest czemś, czem każdy z nich potrzebował być; czują że ze wszystkich Francuzów najbardziej jest Francuzem. On właśnie uchodzi za ich boga, boga, jakiego im trzeba. To też czyż go nie ubóstwiają wszyscy, zaczynając od Maryi-Antoniny, a kończąc na celniku przy Porte Saint-Denis? Arystokraci przebierają się za posługaczy karczemnych. Zawiadowca stacyi pocztowej nakazuje pocztylionowi: „ruszaj szparko, wieziesz pana Voltaire’a.“ W Paryżu powóz jego jest „głową komety, której ogon zapełnia wszystkie ulice.“ Damy wyrywają choć po włosku z jego futra, by go potem jako najświętszą relikwię przechować. Nie natrafiłbyś tam w całej Francyi na nikogo bardzo wysokiego, bardzo pięknego, który nie odczułby, że ten człowiek był czemś najwyższem, najpiękniejszem, najszlachetniejszem.