Strona:Thomas Carlyle - Bohaterowie.pdf/277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


parter poznał Jana-Jakóba, lecz nie zwrócił nań prawie uwagi! Rousseau wyjawił oburzenie najbardziej gorzkie, zasępił się na cały wieczór i nie wyrzekł nic, oprócz słów opryskliwych. Przenikliwa hrabina nabrała najgłębszego przekonania, iż gniew jego pochodził nie z tego, że go zobaczono, lecz że obaczywszy, nie powitano go oklaskami Jak cała natura tego człowieka jest zatruta — nic w nim, prócz podejrzliwości, odstrychnięcia się dobrowolnego od ludzi, gniewnych humorów! Z nikim nie mógł on wyżyć. Ktoś z prowincyi, człowiek ze stanowiskiem znacznem, który często go odwiedzał, zatrzymując się zwykle u niego, — który nie wyrażał dlań nigdy nic, oprócz szacunku i życzliwości, — przyjeżdża pewnego razu i natrafia na kwaśny i niepojęty humor Jana-Jakóba. „Panie — powiada mu ten ostatni z oczyma pałającemi, — wiem, co pana tu sprowadza. Chcesz się przyjrzeć biedzie mego żywota, zobaczyć tę szczyptę, co gotuje się tam w nędznym moim garnku. Zaglądnij więc pan! Jest w nim pół funta mięsa, marchewka i trzy cebule; to już wszystko: idź pan rozgłosić to całemu światu!“ Człowiek tego rodzaju bardzo stał nizko. Dla wywołania śmiechu lekkiego i zaspokojenia pewnej ciekawości teatralnej, świat cały czerpał zapas anekdot z tych przewrotności i miotań się biednego Jana-Jakóba. Niestety! dla niego samego nie zawierały one bynajmniej nic śmiesznego, przeciwnie, były zbyt rzeczywiste! Były to miotania się gladyatora konającego: amfiteatr nabity się bawił, ale gladyatora opanowywała agonia i śmierć.
Jednakże, jak powiadamy, ten Rousseau, ze swemi wezwaniami namiętnemi do matek, ze swym kontraktem społecznym, ze swojem ubóstwianiem