Strona:Thomas Carlyle - Bohaterowie.pdf/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


może poetą, kapłanem, królem-regulatorem! Ostatecznie człowiek nie powinien skarżyć się na otaczający go „żywioł,“ na swój „czas,“ — daremna to bowiem fatyga. Jeśli czas jego jest zły, to i cóż! on do tego właśnie, by go lepszym uczynić. Nędzna młodość Johnsona przeszła w biedzie, bez nadziei, ale prawdę mówiąc, nie wydaje mi się rzeczą prawdopodobną, żeby przy najlepszych nawet możliwych okolicznościach zewnętrznych życie Johnsona mogło obyć się bez boleści. Świat mógł wyciągnąć z niego więcej lub mniej pracy pożytecznej, ale wysiłek Johnsona przeciw dziełu świata nie mógłby w żadnym razie być wysiłkiem małym. Obdarzając go szlachetnością, natura doń rzekła: będziesz żył zato w żywiole zgryzoty i choroby. Tak, być może, iż szlachetność i zgryzota ściśle oraz nierozdzielnie były w nim ze sobą powiązane. W każdym jednak razie biedny Johnson musiał iść przez życie w towarzystwie hipochondryi nieustannej i cierpienia fizycznego tudzież moralnego, — niby Herkules w szacie palącej Nessusa, która go przejmowała cierpieniem głuchem i nieuleczalnem: tą nie do zrzucenia szalą Nessusa była dlań własna skóra! Tak to musiał on żyć. Wyobraźcie go sobie takim, jakim szedł ponuro, niby obcy, przez ziemię — ze swemi skrofułami, ze swem wielkiem sercem, pełnem pragnień, z chaosem niewypowiedzianym tłumów myśli, pochłaniając łapczywie wszelki pokarm duchowy, jakiego mógł sobie dostarczyć, studyując, w braku czego lepszego, języki i inne przedmioty czysto gramatykalne! Człowiek ten miał duszę najobszerniejszą w Anglii całej i „cztery z połową decymy“ dziennie na zaspokojenie wszystkich potrzeb. Ale dusza to była niezwyciężona i po-