Strona:Thomas Carlyle - Bohaterowie.pdf/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


powiem nawet: szlachetniejszej duchowej siły ludzkiej, niż w nich. Surowa tam sumienność, poufałość oraz prostota, surowy zdrowy rozsądek i siła — bez żadnych przymieszek. Wydaje on z siebie światłość, zdania jego uderzające, znamienno-narodowe, niby ostrza, jakie przenikają do samej najtajniejszej rdzeni rzeczy. Nie brak też tam dobrego humoru, a co więcej nawet, czułej serdeczności, szlachetności i głębokości: człowiek ten mógłby też być i poetą! Wypadło mu jednak czynić poemat epiczny, nie zaś go pisać. Nazywam go wielkim myślicielem, a zaprawdę, sama wielkość jego serca to zapowiada. Richter tak mówi o Lutrze: „słowa jego — to pół-bitwy!“ Można je tak nazwać. Główna jego właściwość zasadzała się na możności walczenia i zwyciężania; dobry to był okaz męztwa ludzkiego. Nie istniał człowiek mężniejszy; żadnego serca śmiertelnego, o ile pamięć sięga, nie możnaby było nazwać dzielniejszem wśród tej rasy teutońskiej, której charakterem jest męztwo. Wyzwanie, rzucone przezeń „dyabłom,“ nie tworzyło prostej przechwałki, jaką mogłaby być dzisiaj. Luter wierzył w istnienie demonów, duchów — mieszkańców piekła, wciąż oblegających ludzi. Nieraz to w pismach jego powraca, i z tego powodu niejeden parska drwiącym śmiechem. W Wartburgu, w pokoju, gdzie siedział nad przekładem Biblii, dziś jeszcze pokazują na murze czarną plamę, pamiątkę po jednej z tych walk. Luter tłumaczył psalm pewien; był wycieńczony i przygnębiony długą pracą, chorobą, powstrzymywaniem się od pokarmów. Wtem stanęło przed nim, aby pracę mu przerwać, jakieś okropne a niewyraźne widmo, które wziął za szatana samego; zerwał się tedy z miej-