Strona:Teofil Lenartowicz - Piosnki wiejskie.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pieśni brzęczą, w lewo, w prawo,
Lecz gdy oko w kraj się zwróci,
Ta wesołość więcéj smuci,
Niżbyś ranę widział krwawą,
Taka cisza o swéj nędzy,
Że i grób odpowie prędzéj;
A przecież tam krew się leje,
I nie oddać, nie wymówić,
Żadnem słowem nie wysłowić,
Jaka nam się krzywda dzieje.

A może téż pieśń ta długa,
Na to się tam w polu rodzi,
Na co gwiazda z nieba mruga,
Na co anioł z nieba schodzi,
Żeby w ludzkie łzy tęsknoty
Zapleść promień słońca złoty,
Gdzie się czoła we krwi nużą
Poprzewijać ciernie z różą.
Na nieszczęścia i na smutki,
Rosną piosnki niezabudki,
Coraz nowy kwiat wyskoczy,
Jak aniołów modre oczy.