Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I zwrócił się znowu do Czyńskiego, zabierając się do odwijania bandaży.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor page040.jpg

Znachor stojąc przy rannej błagalnie wołał:

— Panie doktorze! Niech pan ją ratuje.
— Głupi człowieku! — z irytacją odwrócił się doń Pawlicki. — Jak ją mam ratować?!
— To nawet pański obowiązek — ponuro odpowiedział Kosiba.
— Nie wy mnie będzie uczyli obowiązków. A i to wam jeszcze powiem, że jeżeli przez wasze opatrunki ten ranny dostanie zakażenia, to pójdziecie do ciupy. Rozumiecie? Nie macie prawa zajmować się leczeniem.
Znachor zdawał się nie słyszeć tego wszystkiego:
— Niech pan doktór zrobi jej operację — powiedział. — A nuż uda się.
— Odczepcie się do licha! Po diabła tu operacja!
I zwracając się do państwa Czyńskich, jakby biorąc ich na świadków, zawołał:
— Trupa mam operować?!... Tam jest złamana podstawa czaszki. Odłamki kości na pewno skaleczyły mózg. Największy geniusz chirurgiczny tu nie poradzi. No, i przeprowadzać trepanację w dodatku w tych warunkach higienicznych...
Zrobił okrągły ruch ręką, wskazując zakurzone pęki ziół pod powałą, kopcące lampki naftowe i śmiecie na podłodze.
— Żebym miał takie narzędzia, jak pan doktór — z uporem zaczął znachor — to bym sam spróbował...
— Więc całe szcręście, że ich nie macie. Prędzej znaleźlibyście się w kryminale — już spokojniej odpowiedział lekarz,