Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.




ROZDZIAŁ XIII

Pierwsze czerwone liście klonów zaczęły opadać z drzew. Jesień była wczesna jeszcze, ciepła, cicha, słoneczna. W dni powszednie pługi wychodziły w pole i traktem ciągnęły furmanki obładowane ciężkimi workami, ale w niedzielę pusto było wszędzie. Tylko świerszcze, ćwierkały, tylko ptak jakiś poderwał się czasem nad rżyskami, spokojnym, niespłoszonym lotem, lub ociężałym kłusem przebiegł spasiony zając.
W tę ciszę, ostrym stentorowym warkotem wdzierał się głos motoru. Motocykl minął dojazd do młyna i skręcił z traktu w boczną drogę między zaroślami. Młody Czyński jeździł szybko, lecz był doskonałym kierowcą i Marysia, która trochę bała się podczas pierwszych wycieczek, teraz już czuła się na tylnym siodełku zupełnie bezpieczna. Tylko na ostrzejszych skrętach instynktownie mocniej trzymała się towarzysza.
Droga prowadziła do Wickuńskiego lasu. Jeździli tu każdej niedzieli. Zwykle po obiedzie Marysia wychodziła na trakt za miasteczko i tu spotykali się z dala od ludzkich oczu. Rzadko spotykali tu kogokolwiek, a i w takich wypadkach Marysia mogła nie obawiać się, że zostanie poznana. Odpowiedni ubiór i okulary zmieniały ją do niepoznania. Do lasu było coś około sześciu kilometrów i tam spędzali czas do wieczora, a wieczorem Leszek odwoził Marysię znowu pod Radoliszki, a sam okrężną drogą wracał do Ludwikowa.
Zachowanie najdalej posuniętych ostrożności było konieczne. gdyż złe języki nie zostawiłyby na Marysi suchej nitki, gdyby się rozeszło, że we dwójkę z młodym inżynierem jeździ do lasu.
Pewnej niedzieli przed wyjazdem do lasu, Leszek, powiedział poważnie:
— To już ostatnia nasza tajemnica.
W jego tonie było coś zastanawiającego.
— Dlaczego ostatnia? — zapytała Marysia.
— Bo jutro ogłosimy wszystkim, że jesteśmy zaręczeni.
Marysia znieruchomiała:
— Co ty mówisz. Leszku! — szepnęła.
Ogarnął ją nagły przestrach przed tym, co miało nastąpić. Oczywiście, wierzyła narzeczonemu. Wierzyła bezgranicznie. Ale przecież gdzieś w głębi, w podświadomości żyło w niej jakieś spokojne i smutne zwątpienie. Wolała nie zastanawiać się nad przyszłością. Teraźniejszość była tak piękna, iż zdawało się, że cokolwiek by przyszło, musiało być gorsze.
— No, siadaj, kochanie — przynaglał Leszek — musimy mieć dziś dużo czasu na uplanowanie wszystkiego.