Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Trzecia płeć.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zagadnienia dalekie, w żadnym stopniu nie stykające się z ich osobistemi sprawami. Zanadto tkwiła w życiu, by na dłuższy moment mogła zapomnieć o jego koniecznościach.
— Musimy już iść — spojrzała na zegarek.
— Proszę o rachunek — zawołał na kelnera.
Okazało się jednak, że kelner nie miał reszty, a Marjan drobnych, co skwapliwie wyzyskała Anna. Zawsze pod różnemi pozorami starała się regulować wspólne rachunki, wiedząc, że on mało na to zwraca uwagi, a że tak bardzo potrzebnie mu są pieniądze.
Zanim trzeba było wrócić do biura zdążyli jeszcze załatwić kilka sprawunków.
Gdy oddawała mu resztę ze stu złotych, zapytał:
— Czy muszę wstąpić do Mundusu i pokwitować w kasie?
Prędko odwróciła się, by ukryć rumieniec:
— Nie, nie, to już ja sama załatwiłam.
— Nie miałaś z tem kłopotów?
— Najmniejszych. Bądź spokojny. Pozostałość otrzymasz w przyszłym miesiącu.
— To w Mundusie też są trudności płatnicze? — zdziwił się.
— Bynajmniej, tylko takie różne formalności.
— Wiesz — uśmiechnął się — gdy biorę pieniądze mam zawsze uczucie jakiegoś zdumienia: te papierki są niezbędne do życia, a mnie dostają się zawsze jakby przypadkiem.
— Jakto przypadkiem? — zmieszała się.
— Z nieba.
— Przecież zarobiłeś to!
— Nie. Ja nie umiem zarabiać. Pojechałem z tą wycieczką, by sprawić ci przyjemne złudzenie, że się do czegoś mogę przydać. Złudzenie rozwiało się. A pieniądze są. Zatem z nieba.