Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Trzecia płeć.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Człowieku, a cóż ty robisz w tej chwili!?
— Ja?
— Tak! Ty przecie analizujesz!
Śmiał się i on i już nie rozmawiając szli przytuleni do siebie wzdłuż szerokiej alei Łazienek.
Było to jeszcze w pierwszych dniach ich szczęścia, jeszcze w przeddzień tego momentu, kiedy musieli pogodzić się z tem, że jest niepełne.
Ale nie straciło przecie nic ze swego potężnego uroku. I teraz pod jej spojrzeniem rozjaśniła się jego twarz i szedł na jej spotkanie niezupełnie przytomnie, potrącając przechodniów.
— Maryś! — przywitała go wyciągając rękę.
— Wprost nie rozumiem tego, wprost nie rozumiem — mówił cicho, ściskając jej dłoń.
— Czego, „kuchassiu“?...
— Co?
Wybuchnęła śmiechem:
— Zaskoczyłam cię tym nowym epitetem?
— Kuchasiu?
— Nie, kuchassju! Proszę cię nie przekręcaj. To ojciec panny Kostaneckiej tak mówi do wszystkich.
— I do ciebie?
— Mało brakowało. Nocowałam dziś u nich.
— U państwa Kostaneckich? Dlaczego?
— Różne były przyczyny natury domowej — wymijająco powiedziała Anna. Nie potrzebowała robić przed Marjanem tajemnicy z zapędów Kubusia, lecz nie lubiła mówić o rzeczach brzydkich. — Powiedz mi lepiej, czego to nie rozumiesz?
— Jesteś piękna, oglądam cię w wyobraźni przez dzień cały i pamiętam ze ścisłością fotografji, a przecież za każdym razem, gdy cię znowu widzę, jesteś nieskończenie piękniejsza, niż mogłem się spodziewać. I tego