Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Trzecia płeć.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wynajdywano argumenty. Mówiono, że Bóg się zato będzie gniewał, że to przynosi nieszczęście.
Już nawet w wychowywaniu dzieci od dawna odrzucono taki system. Każdy sąd musi być przez wychowawcę umotywowany, każda opinja rozumowo uzasadniona.
A ponieważ uzasadnienie rozumowe mówiło Annie, że postąpiła słusznie, uspokoiła się zupełnie i wychodząc w porze obiadowej na spotkanie z Marjanem, nawet nie rzuciła okiem na kasetkę.
Czekał na nią o kilka domów dalej przy przystanku. Już zdaleka dostrzegła jego wysoką, szczupłą sylwetkę i smutną twarz. Za każdym razem wpatrywała się w te przemiany, jakim twarz Marjana ulegała, ilekroć się spotkali: nagle rozjaśniała się nieprawdopodobnie nie uśmiechem, lecz czemś nieokreślonem. Stawała się żywa, promieniejąca, a jego oczy z zamyślonych zmieniały się w zachwycone.
Jakże miała nie wierzyć w jego miłość? Jakże nie miała być dumna, że samo jej zbliżenie się przemienia takiego człowieka, jak on do niepoznania, że napełnia go radością i życiem.
— Co to jest, co się w tobie zapala, jak lampa nagle w ciemnym domu? — pytała go kiedyś.
— To szczęście — odpowiedział krótko.
— Szczęście? Powiedz mi coś o niem.
— Nie wiele wiem o niem sam — uśmiechał się — szczęście jest zazdrosne o swoją tajemnicę. Nie pozwala się badać, analizować...
— Nawet tobie? — udawała przekorne zdziwienie.
— Nawet mnie. Każdemu, bo każdy, tak myślę, gdy nawiedzi go szczęście, staje się objektem tego szczęścia. Traci możność, zdolność, traci potrzebę badania. A może... może taka utrata jest właśnie szczęściem...
Śmiała się i tuliła do jego ramienia: