Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Trzecia płeć.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kim umyśle, o takiej inteligencji i o tak pięknej duszy, o takim kryształowym charakterze! Gdyby taki Minz, czy setki i tysiące przeciętnych zjadaczy chleba umieli domyśleć się kim on jest! Służyliby mu jak najlepszemu spośród siebie i mówiliby:
— Oto jest kwiat ludzkości, oto chluba wieków kultury, oto szczyt ducha.
Gdyby mogła chwytałaby ludzi za rękawy i krzyczałaby głośno:
— Stójcie! Stójcie i patrzcie, nie przejdzie żaden z was mimo, skoro go tylko pozna i zrozumie.
A chociaż nie mogła tego zrobić, ogarniała ją duma, że właśnie ona to wie, że ten człowiek przed nią otwiera skarby swego ducha, że kocha ją i sam pragnie jej miłości.
Anna nie zawsze mogła nadążyć jego myślom, nie zawsze umiała uchwycić treść tego, co mówił, lecz zdolna była całemi godzinami słuchać go, nawet nie rozumiejąc. Wystarczało jej przeświadczenie o ważności każdego słowa Marjana, świadomość, że słowa te są przeznaczone dla niej i że głos jego jest taki wówczas ciepły i łagodny w brzmieniu.
Już to jedno, że wolno jej było dbać o poziome codzienne sprawy jego egzystencji dawało Annie dużą dozę szczęścia. Że szczęście to nie było kompletne, że nie znajdowało swego całkowitego wyrazu — na to nie było rady. Usiłowała przekonać siebie, że właśnie dzięki temu szczęście jej jest jakiegoś wyższego, nieprzeciętnego, nadludzkiego gatunku.
Dlatego też łatwiej jej było tłumić zazdrość. Wieloma argumentami próbowała przekonać siebie, że nie wolno tu stosować szablonowych miar. Miłość Marjana nie ulegała przecie najmniejszej wątpliwości. Równie pewne było to, że nikogo poza nią nie kochał. Gdy spytała go raz, czy kocha jeszcze Wandę, odpowiedział: