Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Karjera Nikodema Dyzmy.djvu/224

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Oczy atlety nabiegły krwią, z piersi wydobywało się głuche rzężenie.
    Walka stawała się coraz gwałtowniejsza. Zwarte ze sobą ciała pokryły się kroplami potu.
    Wielaga z wściekłością atakował przeciwnika, ten bronił się zawzięcie, lecz zawsze w dobrym stylu i zgodnie z regulaminem, podczas gdy Wielaga nie hamował już brutalnej żądzy pokonania Włocha, a nawet sędzia kilkakrotnie musiał interwenjować, gdyż używał niedozwolonych chwytów.
    Nagle udało mu się ująć Tracca w straszliwy chwyt, zwany „podwójnym nelsonem“. Ogromne jego ręce przesunęły się ztyłu pod ramionami Włocha i zwarły się na jego karku.
    Cyrk zamarł w oczekiwaniu.
    Zapaśnicy trwali w kamiennym bezruchu, w bezruchu tak pełnym wysiłku, że kłęby mięśni zdawały się rozsadzać skórę.
    Wielaga cisnął. Twarz Włocha stała się najpierw purpurowa, później sina. Oczy wytrzeszczały się męką nie do zniesienia, z otwartych ust po wysuniętym języku ściekała ślina.
    — Ohyda! — powiedziała panna Marjetta i zakryła oczy.
    — On go zamorduje — przeraziła się jej siostra — panie prezesie, to okropne...
    — A niech i skręci mu kark! — odparł Dyzma.
    — Wstyd, panie prezesie, — denerwowała się Marjetta.
    — Przecie może się poddać — wzruszył ramionami pułkownik.
    Lecz Włoch nie myślał o poddaniu się. Znosił piekielny ból i było widoczne, że nie ustąpi.
    Wielaga też doszedł do tego przekonania, a wiedząc, że wkrótce rozlegnie się gwizdek sędziego na przerwę, postanowił za wszelką cenę skończyć.
    Nagłym ruchem targnął przeciwnika wbok i nieznacznie podstawiwszy mu nogę, rzucił o ziemię i przywalił sobą na obie łopatki.
    Cyrk zatrząsł w posadach. Ogromny ryk, burza okla-