Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Karjera Nikodema Dyzmy.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szą obiłabym pana nahajem po tej kwadratowej twarzy!
— Że co? — warknął Dyzma — Że kogo? Mnie?
— Pana! Pana! — zasyczała z nienawiścią zaciskając piąstki.
Dyzma był wściekły. Cóż sobie myśli ta smarkata! Przyłazi w nocy i...
Nagle Kasia zerwała się z krzesła i chwyciła go za rękę:
— Nie ruszy pan jej! Słyszy pan! Nie śmie pan jej ruszyć!
Wargi jej dygotały. Nikodem jednem szarpnięciem uwolnił rękę.
— Zrobię, jak zechcę! rozumie pani? Co mi tu pani ma do gadania!
Przygryzła wargi i odeszła do okna.
— To też coś takiego — doburknął Dyzma.
W gruncie rzeczy wcale nie mógł zorjentować się w sytuacji. Wprawdzie mile go połechtało to, że pani Nina w nim się durzy, lecz nie rozumiał dlaczego to tak oburza Kasię, dlaczego przyszła tutaj w nocy, zamiast poprostu podzielić się swojemi podejrzeniami z ojcem. Wiedział, że nienawidziła Kunickiego, lecz dlaczego w takim razie tak namiętnie pilnuje wierności macochy? U tych wielkich państwa zawsze wszystko do góry nogami...
Tymczasem Kasia odwróciła się i Nikodem znowu się zdziwił: uśmiechała się doń z kokieterją.
— Gniewa się pan na mnie? — zapytała z wyraźnem przymilaniem się, — bardzo?
— Pewno że bardzo.
— Ale mnie pan nie wyprosi? Można usiąść?
— Czas spać, — bąknął niechętnie.
Roześmiała się wesoło i niespodziewanie usiadła na brzegu łóżka.
— Czy pan zawsze noce spędza tak cnotliwie? Tak samotnie?...
Spojrzał na nią zdumiony. Pochyliła się lekko ku niemu. Nad równiutkim rzędem niebywale białych ząbków rozchylały się ciemno wiśniowe wargi, nad niemi niepo-