Strona:Stefan Napierski-Ziemia, siostra daleka.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


POEMAT KLASYCZNY

Szuflady zawrę szczelnie; wszystko mnie opuści.
Kosem spojrzeniem ujrzę: świecy jęzor pełga,
Płomyk, skośnie wygięty, zaledwo rozchwiany,
Jako na skroni stromej twój kosmyk, Apollo!
Szary podmuch od morza tak go złożył płasko,
Że trwa jak nieruchomy, wymierzony w przestwór,
Pół-wygięciem tęskniący za oknem otwartem,
U dna którego nurty płaskie jednostajnym
Pluskiem liżą pobrzeże i ukośne skały.
Sosna, zboku czerniejąc, jak żałobna struna,
Cykaniem szarem świerszczów ocieka, jak wróżba,
I, chmury przebijając tym psalmem żałosnym,
Bladą opaską spina twe wargi, Apollo!
Masz strome barki, chłopcze, a usta stalowe,
Krajane pocałunkiem, szorstkie od słoności,
I język z nich wystrzela, jako płomień świecy,
Bym, rozdwojonem żądłem muskany przez piersi,
Wił się w jęku rozkoszy — rozłupany posąg.