Strona:Stefan Napierski-Ziemia, siostra daleka.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A tamten nieruchomo czekał. Swą prawicą
wpół wyciągniętą, w łokciu sztywno przełamaną,
i jakby wskazującą, złote puzdro dzierżył,
niewielkie, przecież cięższe od brzemienia ziemi.
Lewą płaszcz purpurowy ujął: bardzo suty,
nad opończą, leciutko w biodrach przepasaną,
aksamitno-zieloną, zwisał jak ocean.
Nad buremi skrzydłami krążek się kołysał,
koronujący kudły rude i posępną
głowę, wielce niechętną i oddawna znaną.

Wtedyś u nóg mu złożył: przełamane pióro,
i jeden kwiat z wazonu, stojący na biurku,
i wpół-rozdarte karty, przesypane piaskiem.
Wszystko, coś miał: niewiele. Aby przyjąć raczył.

On ujął cię za ręce i wiódł, jak Tobjasza.