Strona:Stefan Napierski-Chmura na czole.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


CHMURA NA CZOLE

Gałąź smukła o szyby w przelocie
Zapukała już na ukos.
Pierwsze ptaki, zatrzymane w locie,
Oglądają się w kałuży, nie widząc.

Znów żałobne pól rozlewiska
Na gnijącej tej roli otwartej,
Sine kiełki — rychłe pastwiska
Dla krów chudych, ciężko dyszących.

Och, i chmury! — dawne widziadła,
Położone na źrenice oślepłe,
Z których nawałnica wybladła
Runie, srebrnym krając piorunem.

I zmierzch jeszcze — z gajowej fletni
Zrodzony w rozjękach śpiewnych.
Zmrok łagodny — prawie letni.
Oderwij palce od oczu!

Ponad ziemię patrz — noc ze złota,
Na tę ziemię spójrz — noc wokół czarna.
Tu i tam wicher tobą miota
Bez nadziei, nijakiej nadziei...

K. A. Jaworskiemu