Strona:Stefan Napierski-Chmura na czole.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
MIESIĄC POETY

O! przedwiosenne, widne dni,
Rozdygotane długim dreszczem,
Gdy mokra ziemia zwierza ci:
Zabijam, kiedy pieszczę...

Z żałoby bielejącej zim
Znów rozszerzone dziś źrenice
Kominów rozedrgany dym
W płoche łowi pętlice.

Na wardze zwartej drgnęła krew,
Wzburzona, elektryczna, słona,
Jednem z beztrosko-lotnych drzew
Nagie wzbijasz ramiona.

Otulasz się febrycznie w płaszcz,
Rozprostowane kości trzeszczą,
Uśmiechem wykrzywioną twarz
Kryjesz w fałdach złowieszczą.

O, dorzuć do kominka drew:
Wieczór — z kobaltu, a noc — z sepii,
Już zmarszczkę gniewu gładzi śpiew
I ptaków nagły trzepot.

Tam: w bury przechylone cień,
Zaułki w mrok padają miękki,
Gwiazdy: jak jęk, tłumiony w dzień,
Ust twych ściętych i prędkich.

Wietrzyk igrając, chmury drąc,
Złociste toczy już pioruny,
Gdy, blady, palcem trącasz, drżąc,
Rdzawe dźwięczące struny.

Anieli