Strona:Stefan Napierski-Chmura na czole.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



∗             ∗

Codziennie widzieć, jak krew się zieleni
Bezbarwną mgiełką. To umarli nasi
Z siedliska zwolna powracają cieni.

Blask przedwiosenny zwiewne widma śledzi,
Deszcz szarzejący jakby palcem gasi
I kreśli zarys szmaragdu i śniedzi.

Oni, zbyt widni, na wietrze się ważą
Nieufnie, lotnie, nieprzywykli jeszcze,
I śród gałązek przeświecają twarzą

Bez zmarszczek, z smugą na skroni siwizny,
Jak z pajęczyny nicią; senne deszcze
Ponad rozłogi niosą ich ojczyzny

Tak dziwnie młodych, nad odpominaną,
Jak się ogląda przez zmętniałe szyby,
O zmierzchu, łąkę snopami usłaną.

Nie mogąc usnąć. A liście, jak struny,
Ledwo trącane, ciemne ciche ryby,
Suną przez mroki ku kałużom luny,

Nie trwóż ich. Tleją rozdarte całuny.