Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


to, co się ma rozwijać, musi walczyć: musi dźwigać się i znów upadać.
— A zatem — przerwałem mu — nie wierzysz w absolutną doskonałość Przedwiecznego?
— Nie. Absolut jest czemś sztucznem i nienaturalnem; to jedna z licznych abstrakcyj mózgu ludzkiego, nie poparta życiem ani jego przejawami — to zastój i nieruchomość. Przeciwnie! Wszystko wskazuje na wieczny ruch, na wieczną zmianę, ciągłą i stałą ewolucję. I on, ten Wielki Nieznajomy musi się też wraz z nami rozwijać — i on ma Swoje wzloty i Swoje upadki. Stwórca nie może być czemś heterogenicznem w stosunku do stworzenia. Duch świata — to wielki zbiornik niespożytych sił, to żelazny kapitał, z którego wciąż czerpie materja, wytwór Jego przedwiecznej tęsknoty objawu. Czerpie wciąż pełnemi garściami i odwdzięcza Mu się, wzbogacając Go w doświadczenia bytu fenomenalnego i rzeźbiąc poprzez wieki rozwoju Jego nigdy nie wykończony posąg.
— Mówiłeś coś o momencie uwstecznień...
— Ewolucja odbywa się w linji helikoidalnej, ruchem olbrzymiej śruby, wwiercającej się bez końca w coraz to wyższe regjony bytu. Prawem cyklicznem okresów powrotnych panuje we wszechświecie bezkresna kolejność przemian: po okresie twórczym, pełnym elementów, porywających świat naprzód, następuje okres stagnacji i ruchów wstecznych; lecz zawsze punkt szczytowy w danym okresie rozwojowym jest wyższy od punktu szczytowego w cyklu poprzednim.
— Więc ostatecznie ciągle idziemy na przód?