Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wierusz siedział za stołem z głową odchyloną wstecz na grzbiet fotelu. W twarzy bladej, ascetycznej ani kropli krwi. Gdy zbliżyłem się doń na parę kroków, otworzył ociężale powieki i spojrzał na mnie.
— Jestem z powrotem — wyrzekł z trudem — przychodzisz w porę, Jerzy.
— Spałeś?
— Tak i nie. — Uśmiechnął się. — Która godzina?
— Minęła ósma.
— Więc potrzebowałem aż trzech godzin....
— O piątej widziałem cię w korynckim krużganku. Wychodziłeś z domu.
— Tak — o tej godzinie wyszedłem z domu mego ciała... W korynckim krużganku... powiedziałeś? — powtórzył, prostując się nagle z ożywieniem.
— Tak — tu, w twoim domu na dole. A potem poszedłem schodami na piętro.
Patrzył mi przenikliwie w oczy i wyczytał resztę.
— Źle się stało — szepnął, powstając — Bardzo, bardzo źle... Tak, tak — skorzystano ze sposobności. Widzisz — tłumaczył, zatrzymując się przede mną. — Wyzyskano moment, w którym opuściłem na chwilę fizyczny plan. W innych warunkach nigdy nie byłbym do tego dopuścił; bo wola moja silniejszą jest, gdy oparta o ciało fizyczne, niż w czasie eksterjoryzacji. W każdym razie pocieszającym objawem jest to, że użyto podstępu. Widocznie nie czuje się na siłach do otwartej walki ze mną. —