Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I ruchem ręki wskazuję ruiny.
— Nazwisko mi zupełnie nieznane. Właścicielem był inżynier Rudzki, który zginął pogrzebany pod gruzami tej willi jeszcze przed 10 laty.
— A potem? Kto odbudował dom ten potem?
— Nikt. Od 10 lat miejsce leży odłogiem.
— To szaleństwo! Tutaj jeszcze przed miesiącem stał dom! Katastrofa nastąpiła 24. czerwca!
Kobieta uśmiecha się i patrzy na mnie w szczególny sposób.
— Pan uległ zapewne pomyłce. Może to przy innej ulicy. Te ruiny istnieją tu od 10 lat... — Uśmiecha się raz jeszcze i znika w głębi mieszkania. W głowie odczuwam nagły ból, na oczy kładzie mi się czarny, nieprzenikniony całun...
— Więc czem byłem ja od roku? Kim był Wierusz? Kim Kama?...
A może to wszystko jest snem tylko, złym, trującym czadem swych wyziewów snem?...
Nie! Nie!... Tu, na piersiach mam jej list, jej pożegnalny list, streszczający się w trzech okrutnych słowach! To rzeczywistość, to straszliwa w swej prostocie rzeczywistość!...
Z królestwa zmory, z mrocznych snu krużganków wyniosłem na światło dnia tę jedną, tę jedyną pamiątkę...

KONIEC.
Jesienią i zimą r. 1922.