Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jeden pisany ręką Halszki zawierał tylko te trzy słowa:
— Przebaczam Panu. — Helena; — drugim był jeden z listów pisanych przeze mnie do Kamy: namiętny, pełen uwielbienia i szału.
Wzdrygnąłem się jak pod ukąszeniem węża. Straszliwa zemsta kochanki dosięgła mię w samo serce... Ból ostry przeszył mię nawskroś i pogrążył w odrętwienie. Głucha rozpacz zaległa martwotę domu i tłukła się bezsilna po ścianach. Jakiś biedny, słaby człowiek tarzał się w podrzutach katuszy i gryzł palce w nieludzkiem cierpieniu. Biedny marny człowiek...
Jęk mię obudził żałosny, przeciągły jak wycie wichury. Tępym, automatycznym krokiem wywlokłem się z mieszkania...
Po drodze mijałem jakieś domy, ulice, spotykałem jakichś ludzi, odpowiadałem na czyjś ukłon. Ktoś mię raz zaczepił i mówił coś do mnie żywo i wśród gestów, nie pamiętam co. Na rogu którejś z przecznic ktoś inny potrącił mię w pędzie, omal nie obalił na bruk. Nie wziąłem mu tego za złe. Zatoczyłem się tylko jak pijany i poszedłem dalej...
Gdzieś już pod zachód zadzwoniłem do bramy znanego mi domu. Wyszedł sługa stary, w ciemno wiśniowej liberji.
— Państwo w domu? — rzucam śmieszne pytanie.
— Wyjechali zagranicę.
— Na długo?
— Nie wiem, proszę pana...