Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Czy nie nosiłeś się wtedy z jakim zamiarem? Może ci kto wszedł w drogę, ktoś mocno niewygodny? Może miałeś wtedy z kim przedawnione rozrachunki?
W oczach Jastronia zaświtało ponurym brzaskiem.
— Derkacz — rzekł chrapliwie — Derkacz...
— Kto to taki?
— Towarzysz po zawodzie.
— Aha — domyśliłem się — wspólnik wpraw nocnych na Druczy, co?
— Niby tak.
— Wiedział o tobie za dużo i za często przychodziło ci się dzielić z nim „zarobkiem?“
— Coś w ten deseń — uśmiechnął się zjadliwie.
— Pewnego wieczora... — poddałem mu, ułatwiając wyznania.
— Pewnego wieczora — podchwycił Jastroń, opanowawszy już całkiem wspomnienia — umówiłem się z nim o schadzkę.
— Hm... — chrząknąłem — mieliście się zejść na moście św. Florjana.
— Właśnie. Koło dziewiątej wieczorem. I wtedy powziąłem zamiar...
— Rozumiem. Postanowiłeś usunąć go z drogi.
— He, he, he! Pan bardzo domyślny!
— Mniejsza o to. Tymczasem zasnąłeś.
— Zasnąłem?... — wytrzeszczył na mnie oczy.
— W każdym razie nie zabiłeś Derkacza.
— Nie. Gdzieś mi sczezł bez śladu.
— Miał dobry węch. Musiał coś przeczuwać.
— Może... Ale dlaczego właściwie pan mi to wszystko przypomina?