Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wszedł mężczyzna imponującej postawy, rosły, barczysty, wytworny w ruchach. Rzuciwszy na mnie przelotne spojrzenie, skupił całą swą uwagę na Wieruszu.
— O ile się nie mylę — rzekł powoli, z akcentem jakby cudzoziemskim — mam zaszczyt rozmawiać z panem tego domu?
Wierusz powstał z krzesła:
— Tak. Z kim mam przyjemność?
Nieznajomy uśmiechnął się dziwnie.
— Przyjemność wątpliwego rodzaju. Mniejsza o moje nazwisko. Ja Pańskiego również nie znam i znać nie chcę. Są sytuacje w życiu, w których te towarzyskie dodatki winny odpaść. Przychodzę tu jak człowiek do człowieka w chwili wyjątkowej. Sądzę, że Panu tego nie potrzebuję tłumaczyć. Musisz być rzeczywiście jednostką niezwykłą, jeśli zdecydowałem się na ten krok wobec Pana.
Słowa gościa widocznie podziałały silnie na Andrzeja, bo twarz jego dotychczas roztargniona i niechętna nabrała wyrazu skupienia.
— Proszę — wskazał mu krzesło — może Pan zechce zająć miejsce?
— Dziękuję — nie zabiorę Panu dużo czasu; załatwię sprawę w kilku słowach.
— Słucham Pana.
— Przychodzę przebaczyć Panu krzywdę, jaka wkrótce ma mnie spotkać z Pańskiej strony.
Wierusz drgnął.
— Krzywdę — powtórzył jak przez sen — Jaką krzywdę?
— Szczegółów nie znam. Pchany nie znaną siłą, przyszedłem to Panu powiedzieć. Cokolwiek się