Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

nieważ polityka i wszelka „aktualność“ mierżą mnie kaducznie i odczuwam żywiołowy wstręt do wszystkiego, co „ich jest“ i z nich się wywodzi, przeto opuściłem „świątynię sztuki“ już w połowie aktu drugiego zły i djabelnie znudzony. Resztę czasu postanowiłem dobić w kawiarni „Nad Druczą.“ Trafił się partner do szachów i wkrótce zagłębiliśmy się obaj po uszy w arkanach gry. Ani się nie spostrzegłem, jak minęło parę godzin i zbliżała się dziewiąta. Zakończywszy zwycięsko czwartą z rzędu partję, pożegnałem się i wyszedłem. W dziesięć minut potem byłem już u Wierusza.
Wiadomość o Jastroniu przyjął z zainteresowaniem.
— Przypuszczenie twoje — rzekł — ma dużo cech prawdopodobieństwa.
— Czy tylko możliwem jest, by letarg trwał tak długo?
— Dlaczego nie? Fakirzy Wschodu dają się zakopywać do ziemi na okres paru lat.
— Czy przypuszczasz, że Jastroń popadł w swój dziwny sen dobrowolnie, czy też bez jego wiedzy i woli uśpił go ktoś inny?
— Przypuszczam raczej, że owa szczególna śpiączka, w której trwa do chwili obecnej, napadła go nagle, znienacka.
— A zatem przyczyna tkwiłaby w nim samym, w jego ustroju psychofizycznym?
— Tak się domyślam.
— W każdym razie objaw niezwykły u człowieka tego typu.
— Mnie zaś nie wydaje się to niezwykłem u osobnika tego pokroju. Przeciwnie — ludzie typu Ja-