Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na gorącem. Musiał mieć gdzieś setną kryjówkę, bo w tej budzie ani w domu jego na mieście nigdy nic nie znaleziono. — Lecz wszystko ma swój koniec. Podobno i kuma Onufrego djabli wzięli.
— Jakto podobno?
— No tak, właściwie nie wiadomo, co się z nim stało. Dwa lata temu z górą, koło Zielonych Świątek sczezł bez śladu. Ja pierwszy to zauważyłem. Przechodzę mospanie jednego rana wedle tej budy, patrzę: zabita na śmierć bretnalami i przyparta na głucho. Myślę: „Wyjechał na wyprawę w dalsze strony, w dół rzeki, czy co?“
Czekamy tydzień, dwa, miesiąc, rok — Jastronia niema. Przepadł bez śladu. Może go ta kto gdzie zaciukał.
— Niewielka była by strata.
— A juści, pewnikiem — zaśmiał się rybak — Nosił wilk owce, ponieśli i wilka. Ale mnie czas na targowicę; ryba dobra, póki świeża. Dowidzenia, Panie!
— Dowidzenia! Szczęśliwego targu!
— Dziękuję! — odkrzyknął, oddalając się wybrzeżem ku miastu.
Usiadłem przed „letniskiem“ na wywróconej dnem beczce. Przede mną toczyła burzliwe nurty Drucz, przerzucając się grzywami fal przez szczęty mostu. Zapatrzony w ruch wody myślałem o Jastroniu. Nazwisko tego „szczura“ wraziło mi się głęboko w pamięć. To, co usłyszałem z ust rybaka, budziło pewne podejrzenia. Mimowoli nasunął się domysł, czy przypadkiem nie wpadłem na trop człowieka, którego znaleźliśmy z Wieruszem w podziemiach. Może on właśnie był zaginionym od