Strona:Stefan Grabiński - Niesamowita opowieść.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

smugi, któremi słońce zasłało skiby łanów, powoli zbladły, zbłękitniały, by wreszcie rozbłysnąć srebrno-zieloną poświatą księżyca. Świat ściemniał na chwilę, sposępniał na granat, by znów roziskrzyć się światłem białej, miesięcznej nocy.
W jakiejś chwili chód mój jakgdyby zmienił się; przestał być układem ruchów świadomej siebie woli przybrał charakter czegoś drewnianego: zesztywniał; szedłem jak automat. Z wyprężonemi przed się rękoma szedłem naprzód, wskazując dłonią cel daleki drogi...
Po lewej ścieliły się zanurzone we mgłach otawisk łany zbóż i poruszane wiatrem szemrały tajemnym pochrzęstem kłosów...
Po prawej ciągnął się stary, biały mur najpierw jakiegoś cmentarza, potem parku czy ogrodu, tworząc jedną, długą bez końca linję. Gałęzie kalin przerzuciwszy się przez zmurszałe zręby, chwiały się na wietrze ciche, zwierzając nocy smutek ogrojca śmierci. Delikatne witki wierzb kołysane letnim podmuchem opłakiwały na murach człowieczą, smutną dolę. Cień jakiś skurczony przesuwał się wzdłuż ścian, to w górę piął, to wydłużał, aż w sadzie znikł. Majaki mżyły na drapieżnej, z wapna odartej ścianie. Poznały mnie z daleka i znakami przyzwały do siebie. Poruszały się kłapiącym ruchem ich potworne żuchwy, zakrzywiały krogulczym szponem kosmate ręce, to znów biegły naprzód; zachęcając do naśladowania — złe, rozchichotane, nieuchwytne...